Podróże

Trzydziestka – fragmenty

Wczoraj otworzyliśmy szampana. Powód był prosty – Tomek w końcu skończył swoją książkę. Po po pół roku pisania i chwiejnych nastrojów jest gotowa! Teraz tylko korekta, redakcja i wysyłamy do wydawnictw, a z Wami chcieliśmy podzielić się jej małym fragmentem. Dajcie znać, co myślicie!

Pierwszego pchnięcia nawet nie poczuł. Dopamina i norepinefryna których poziomy kochał sobie zwiększać poprzez metylofenidat nadal robiły swoje, ostatnią tabletkę przyjął niecałą godzinę temu. Wtedy jeszcze nie wiedział, że będzie ostatnia, tak jak kolacja i wino. Kiedy pod domem zarzucono mu worek na głowę myślał, że to żarty. Przez kilka minut rzucał ksywkami swoich ziomków wyzywając od pierdolonych żartownisiów, lamusów i matkojebców. Kiedy jednak nikt się nie odzywał, a on leżał na tylnym siedzeniu samochodu zaczął się wydzierać. Nie chciał tego robić, ale konwencja była silniejsza – tak zawsze robili porwani
w filmach i książkach
– Wiecie kim ja kurwa jestem?! Wiecie co robię?! Wiecie kim jest kurwa mój ojciec?!

Odpowiadał mu tylko dźwięk silnika. Uspokoił się tym, że pewnie chodzi o okup. To na pewno to, a stary nie będzie miał wyboru – zapłaci. Inaczej będzie skończony, wiedział że na to sobie nigdy nie pozwoli. Auto się zatrzymało. Ktoś wytargał go z pojazdu i prowadził. Nie miał pojęcia gdzie się znajduje, czuł tylko stęchły smród worka. Posadzono go na krześle, a dłonie przewiązano na plecach. Stwierdził, że będzie grał kozaka, tak jak robił to zawsze w sytuacjach kiedy czuł się jak cipa. A tego nienawidził.
– Słuchaj typie, radzę Ci być delikatnym. Serio śmieciu, dobrze Ci radzę, bo Cię znajdę i zrobię dokładnie to samo.
– Już czas.
Co to za głos?! – pomyślał. Dobiegał zza pleców, więc musiało ich być co najmniej dwóch. Kiedy w głowie układał wszystkie możliwe scenariusze happy endu, a neuroprzekaźniki szalały, nóż zagłębił mu się w brzuchu. Raz. Drugi. Kolejny. Kiedy już czuł, że umiera, że śmierć nadeszła tak, jak zawsze myślał – nagle – chciał coś powiedzieć. Jedyne, co wydobyło się z jego ust to bulgotanie krwi. Ostatnie co usłyszał to ten sam głos, co wcześniej.
– Wszystkiego najlepszego.
Noc była chłodna, ale mimo wszystko nie przypomniała tych październikowych. Księżyc w pełni próbował przebić się przez chmury, a psy ze schroniska jak co noc śpiewały swoją upiorną pieśń opuszczonych
i niechcianych. Pełnia zawsze podkręcała głośność tej kakofonii, tak jak i przejeżdżające samochody, które w nocy nie pojawiały się w tych stronach. Psy myślały, że może to kolejni ludzie, może ktoś znów weźmie je na spacer, może w końcu na zawsze, do domu. Usłyszały tylko trzask bagażnika, głuche uderzenie
i chrzęst żwiru. Księżyc pojawił się w końcu w całej okazałości, psy ujadały dalej, a trup rzucony na ścieżkę
w pobliskim lesie powoli przyciągał owady.

Sesja rady miejskiej trwała od dobrych dwóch godzin. Miał do tych posiedzeń strasznie ambiwalentny stosunek. Z jednej strony uważał, że to totalna strata czasu na słowne potyczki z opozycją, z drugiej – uwielbiał pokazywać swoją władzę. Rządził tym miastem – jego miastem, jak kochał powtarzać
w kręgu zaufanych – już trzecią kadencję. Jego ludzie w radzie zawsze mieli większość, a że byli na każde skinienie swojego pana i władcy – robił co chciał. Pozostałych rajców nazywał szopozycją – niczym szopy pracze śmieci, szukali na niego haków i słabych punktów. Bezskutecznie – gardę miał zawsze w górze. Tylko jeden człowiek z tej zgrai drażnił go niczym kamień w bucie.
– …dlatego też uważam, że budżet przedstawiony przez pana burmistrza jest niedokładny, zrobiony na kolanie i po raz kolejny ignorujący większość wniosków radnych. To mają być inwestycje? Bardzo przepraszam, ale w mediach kreuje się pan na Kazimierza Odnowiciela a jest pan nieudolnym jak August III! – grzmiał młody człowiek niezrażony tym, że wlepione są w niego nie tylko nienawistne spojrzenia świty burmistrza, ale także oczy kamer. – Mam nadzieję, że w zbliżających się wyborach przegra pan z kretesem i skończy ten festiwal żenady! I nie pomogą już tańce z klubami seniora, ani placuszki u działkowców! Mam nadzieję, że to miasto w końcu przejrzy na oczy i wybierze, kogokolwiek – byle nie Pana!
Jedynym manieryzmem, którego nie pozbył się przez lata kierowania miastem było poprawianie mankietów koszuli i zabawa spinkami. Robił to wtedy, kiedy już naprawdę niecierpliwił się z odpowiedzią, kiedy chciał rozjechać rywala mentalnym czołgiem. Słuchaj i ucz się, leszczu, jak się robi politykę, pomyślał podnosząc rękę i przybierając zatroskaną minę.
– Panie przewodniczący, proszę o głos, ja tylko naprawdę krótko, ad vocem.
Oczywiście nie czekał na pozwolenie od starszego jegomościa, który łyżką mieszał herbatę, wydając się całkowicie wyłączonym.
– Pan Piotr, jak zwykle zresztą, dał nam żenujący popis erystyki. Pięknie pan radny przywołał polskich władców, ja bym nie śmiał robić takich porównań, ale cóż. Wiemy już jak traktowałby Pan swego mocodawcę, gdyby zasiadł na moim miejscu. Jeśli oczywiście Bóg pozwoli. 
Uwielbiał wstawki religijne w swoich przemowach, wyborcy to kochali, a on – kochał to uczucie – Cóż za impertynencja, kpić sobie ze starszych wyborców, którzy także wybrali Pana. No, ale jak pan radny raczył zauważyć – miasto niedługo wybierze. A co do budżetu – ma Pan pełne prawo wyrazić swoje zdanie w głosowaniu. Dziękuję, zamknijmy już tę dyskusję.
Przewodniczący oczywiście nie zauważył podniesionej ręki radnego Piotra Zylewicza, młodego kontestatora obecnej władzy. Zylewicz miał dopiero 30 lat, a już wspinał się po szczeblach samorządowej kariery. To była jego druga kadencja, w pierwszej sprzyjał burmistrzowi Pałeckiemu i kandydował z jego list. Później zrobił nieoczekiwaną woltę i stanął wśród jego przeciwników. Lubił powtarzać w mediach, że nigdy nie miał zamiaru wspierać tyrana, ale wyszło jak wyszło. Zylewicz odpuścił, nie miał zamiaru dalej bić piany, poza tym był piątek – marzył, żeby w końcu wrócić do domu i usiąść przed Netflixem i odpalić Porady Różowej Brygady. To było jego guilty pleasure z którego jednak wolał się nikomu nie spowiadać. Trzydziestoletni blondyn uchodził za przystojnego, sporo biegał i był z gatunku facetów, którzy dbają o siebie aż za przesadnie. Czuł na sobie wzrok Pałeckiego, dobiegającego do sześćdziesiątki szpakowatego burmistrza miasta i gminy. Andrzej Pałecki uchodził za cudotwórcę – wybory wygrywał miażdżąco, wróżono mu nawet karierę w wielkiej polityce na Wiejskiej. On wolał jednak dzierżyć berło i siedzieć na małomiasteczkowym tronie, gdzie większość mieszkańców uważała go za ideał. Kiedy jeden z radnych składał kolejną, nic nie znaczącą interpelację w kieszeni włodarza zabrzęczał telefon. Krótki SMS od żony: Pamiętałeś?Oczywiście, że nie pamiętał, od tego miał asystentkę. Po prezent wysyłał kierowcę. Odpisał: Jasne, kochanie. Do wieczora.
Ta sama asystentka zarezerwowała mu stolik U Banana, najmodniejszej restauracji w mieście. To był dobry dzień.
– Dzisiejsze obrady uważam za zamknięte, dziękuję Państwu bardzo – zagrzmiał przewodniczący.
Pałecki, jak zawsze zresztą, wstał, poprawił drogi garnitur i pospieszył uścisnąć dłonie radnych – w pierwszej kolejności swoich oponentów. Uśmiech numer dwa przykleił do twarzy i dziękował za obecność. Na końcu podszedł do Zylewicza. 
– Dziękuję Panie radny za dziś. Jak zwykle wiele Pan wniósł do przyszłości naszego miasta.
– Pałuj się Pałecki. Serio, pałuj się. Niedługo Cię tu nie będzie, nie będziesz nawet siedział tu gdzie ja. Pisz lepiej te swoje wiersze i daj zająć się miastem ludziom, którzy się na tym znają.
– Też Cię kocham Piotrek. – pochylił się do mężczyzny i szeptem dodał. – A teraz wypierdalaj z mojego urzędu. 
Zylewicza, niczym muchy, oblecieli przedstawiciele lokalnych mediów, a burmistrz udał się do swojego gabinetu.
– Pani Agnieszko, niech nikt mi teraz nie przeszkadza. Jakieś spotkania dziś?
– Tak. Ksiądz proboszcz za godzinę w sprawie remontu kapliczki i…I już nikt – odpowiedziała asystentka.
– No i pięknie. Przez godzinę mnie zatem nie ma. I niech Barnej tu się przykula, raz raz!
Po pięciu minutach do gabinetu wkroczył otyły, upocony od wspinaczki po schodach mężczyzna. Dostanie się na drugie piętro było dla niego jak wspinaczka górska. Łysiejący, z zakolami o niezdrowej cerze wyglądał na duże starszego, a dopiero niedawno przekroczył czterdziestkę.
– Jaki ma humor? – rzucił pytanie do Agnieszki.
– Chyba niezły. Nie ma go dla nikogo, a za godzinę wbija ksiądz. Nie denerwuj go, proszę, bo znowu to się zemści na mnie. Już mu biegałam za prezentami i stolikami, ile można.
– Dla Króla – wszystko. – odrzekł z przekąsem. – Aga, a kiedy Ty dasz się zaprosić na kolację? Co? Stolik to nawet potrzebny nie będzie. Chyba, że do czego innego.
– Nigdy, zboczeńcu. Masz żonę.
– I córkę, ale jak mówi ludowe przysłowie – nie ma takich wagonów, których nie można odpiąć – zarżał grubas.
– Idź już. Nie drażnij Króla.

Barnej przeżegnał się, puścił oko do dziewczyny i wtoczył się do gabinetu.
– Załatwiłeś? – zapytał Pałecki ze wzrokiem wbitym w okno.
– Pewnie. Każdy z prezesów da dwadzieścia koła. To plus nasz, hehe, hajs załatwia nam kwestie finansowe kampanii. Jutro ustalam terminy billboardów, spotów i reklam w gazetach dla Ciebie i naszych ludzi.
– Pięknie. Wiesz coś o reszcie?
– Andrzejku, nikt się nie wykruszył, wszyscy są wierni i lojalni. Jak adoptowane psy.
– Jak adoptowane psy, powiadasz? A Ty jesteś? Co, Bartłomieju?
– Ależ, Andrzej, co ty mówisz? 
– Ależ, Bartłomieju, dlaczego się dziwisz? Myślisz, że nie wiem co wygadujesz na mieście? Co zrobisz, kiedy Król pójdzie na emeryturę? Myślisz, że awansujesz z zastępcy na następcę?
– Nie no, Andrzej ja tak tylko wiesz, tak sobie gadam.
– To już lepiej nie gadaj. I weź się za robotę, bo znowu wszyscy narzekają, że tylko łazisz i wkurwiasz ludzi.
– Przepraszam.
– Sraszam. Wypierdalaj.

Kiedy drzwi się zatrzasnęły Pałecki stanął przed przestrzennym oknem swojej sali tronowej i patrzył na królestwo. Lubił obserwować rynek, snujących się tam ludzi pędzących do swoich spraw, kloszardów żebrzących o drobne, dzieciaki wagarujące na ławkach, wrzucające niewyobrażalne ilości kodeiny, byle tylko uciec od rzeczywistości. Zamyślił się i dopiero po chwili zorientował się, że w kieszeni marynarki wibruje mu telefon. Na ekranie iPhone’a ukazało się nazwisko Czempińskiego. 
– No co tam, Panie Komendancie?
– Andrzejku – powiedział głos w słuchawce. – Siedzisz?
– Nie.
– To siadaj, proszę. Tak bardzo mi przykro.

Kiedy wysłuchał, co miał do powiedzenia policjant faktycznie usiadł, a twarz ukrył w dłoniach. Po kilkunastu sekundach bezruchu rzucił służbowym laptopem o ścianę, rozbijając urządzenie w drobny mak. To miał być dobry dzień.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *