Sport

Maraton w ogródku

Najlepsze historie zaczynają się od słów – “a pamiętasz jak?”. Wtedy z góry można założyć, że opowieść będzie epicka, ciekawa i na pewno warto wysłuchać jej do końca. Biorąc pod uwagę to, w jakiej sytuacji jest nie tylko Polska, ale i większość świata postanowiliśmy taką historię napisać. Dlatego, kiedy za kilka lat usiądziemy i zaczniemy rozmawiać o czasach pandemii koronawirusa któreś z nas zacznie słowami: a pamiętasz jak, zamiast mieć ładną trawę, przebiegliśmy sobie maraton w ogródku? Cała historia będzie pewnie wyglądała mniej więcej tak.

Przed wyzwaniem

Kiedy premier z ministrem zdrowia ogłaszali kolejne obostrzenia związane z wychodzeniem na dwór (lub na pole, pozdro krakusy), a co za tym idzie – bieganiem – Tomek prawie rzucał meblami. Nikt mnie nie będzie w domu zamykać! – wkurzał się na bogu ducha winnego laptopa. Złość przeszła jednak bardzo szybko, bo w głowie już rodziła się szalona myśl – zróbmy maraton! W ogrodzie! Edzia na początku nie dowierzała, ale jak przystało na sportowego świra – zgodziła się na pomysł.

Pakiety startowe

Dzień przed wyścigiem przygotowaliśmy pakiety startowe, dość ubogie, bowiem składały się jedynie z numerów startowych. I tak rozeszły się w tempie ekspresowym – cóż, zawody to teraz towar deficytowy. Zrobiliśmy też pamiątkowe medale – pudło przecież było w zasięgu! Godzina startu była na szczęście ruchoma – nikomu nigdzie się nie spieszyło, więc mogliśmy się wyspać.

Sobotni poranek przywitał nas piękną pogodą – super, bo kto lubi biegać w deszczu? Szybkie śniadanie, obowiązkowa kawa i stanęliśmy na linii startu! 3… 2… 1… i poszli! Jedna pętla miała jedynie 23 metry więc nie mogliśmy się zbytnio rozpędzić. Takich pętli mieliśmy do pokonania dokładnie 1835. Kręciliśmy się więc w kółko, umilając sobie czas rozmową (głównie o tym, co zjemy po wszystkim), a kierunek biegu zmienialiśmy co trzydzieści minut, żeby nasze błędniki nie oszalały.

Maraton w ogródku

Fizycznie wszystko było okej – gorzej z głową, która co jakiś czas błagała, żeby zakończyć to szalone i nikomu niepotrzebne przedsięwzięcie. Nic z tego, głupia głowo! Kiedy powiedziało się A, trzeba też powiedzieć B, a jeśli to koniecznie to i cały alfabet. Im bliżej końca, tym byliśmy szczęśliwsi – ostatecznie wbiegliśmy na metę po 5 godzinach 15 minutach i dokładnie 12 sekundach. Najs! Każdy by się spieszył, gdyby w lodówce czekał na niego pyszny fit deser Maxi King! (kiedyś damy Wam przepis).

Po oficjalnej dekoracji i medalach (szanse na pudło, pamiętacie?) wskoczyliśmy pod prysznic i co się okazuje? Że jeszcze byśmy coś porobili! Dobiliśmy dzienną aktywność 11 kilometrami jazdy na rowerze, żeby w końcu oddać się błogiemu lenistwu i jedzeniu!

Maraton w ogródku

Straty w ludziach? Zero.
Kontuzje? Kilka odcisków.
Chwała? Wieczna!
Nie spodziewaliśmy się, że nasz szalony bieg aż tak się spodoba – opisał nas CKM, radiowa Czwórka, TeleExpress, czy Radio Zet.
Powiemy Wam w małym sekrecie – bądźcie w poniedziałkowy poranek w pobliżu telewizora 😉

Maraton w ogródku

Maraton w ogródku udowodnił nam, że nawet gdybyśmy byli na kwarantannie, spotkali się z całkowitym zamknięciem w domu, czy apokalipsą zombie – zawsze można wyskoczyć pobiegać na ogrodowej bieżni! Dyszka, w kółko po maratonie – co to dla nas?

Taka to właśnie będzie historia. Trawę zasiejemy nową, nogi przestaną boleć, a wspomnień nikt nam nie odbierze. Było warto!

9 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *